poniedziałek, 12 stycznia 2015

Tam, gdzie da się żyć

Oglądaliście film "Tam, gdzie da się żyć" albo słyszeliście o nim? Podobno wywołał burzę medialną w Polsce - nie wiem, niech ktoś kto mieszka w Polsce się wypowie, bo po wpisaniu tytułu w google wyskakują przede wszystkim strony dla emigrantów, zagraniczne albo fakty Elbląg, które właściwie tylko udostępniają film.

Film jest o emigrantach na wyspach. Według mnie pokazuje prawdę - ludzi którzy wyjechali, by szukać NORMALNOŚCI. Właśnie normalności. Bo nie jest normalnością życie od miesiąca do miesiąca i liczenie czy starczy na rachunki. Niestety niektórzy są do takiego stanu rzeczy przyzwyczajeni i wydaje im się to standardem, ale nie jest! W "normalnym" życiu człowiekowi powinno starczać na rachunki, jedzenie (nie najtańsze), wyjście do restauracji/kina/teatru i wakacje. To jest normalność według mnie. I na taką normalność życie w Anglii mi pozwala, natomiast w Polsce tak nie było.

Teraz będzie trochę faktów z mojego CV i o tym dlaczego właściwie szukałam pracy za granicą.
Od IV roku studiów (oj dobra z tym I rokiem II stopnia) pracowałam w CNK w Warszawie. Fajna praca, rozwojowa, ciekawa, mnóstwo fantastycznych ludzi, szkolenia które sporo mi dały, ale: umowa zlecenie, nigdy nie wiadomo do końca ile się będzie w danym tygodniu pracowało, no i mała kasa. Za mała żeby się utrzymać po studiach (bo na czas studiów praca świetna, można było sobie fajnie dograć godziny, ale już z mgr to za mało). Dlatego zamieniłam to na pracę w szkole - międzynarodowa szkoła z wykładowym angielskim, ciekawy wpis w CV, już umowa o pracę, pełen etat, na początek 2000zł netto. Wydawało mi się że to dużo, ale jednak wydatki w Warszawie... Hmm... Koło 1500zł mieszkanie, 1000zł jedzenie, koło 1000zł benzyna+utrzymanie samochodu i skuteru + wyjazdy do rodziców od czasu do czasu (te wydatki liczę na dwie osoby, a mąż zarabiał wtedy podobnie).. Do tego jakieś inne wydatki od czasu do czasu no i na koncie nie zostaje nic. Życie od miesiąca do miesiąca. A lekarz, jakieś ubranie, kosmetyki itd? W międzyczasie udzielałam korepetycji z chemii, prowadziłam warsztaty krawieckie, czasem różne zajęcia dla dzieci w kawiarenkach naukowych, na festiwalach nauki - to wszystko było fajne, ale gdzie tu czas na życie? A w szkole siedziałam 40h tygodniowo, bo oprócz tego że uczyłam przyrody i dostawałam masę zastępstw ze wszystkiego, to przecież byłam na stanowisku asystenta nauczyciela (nawet nie byłam nauczycielem, chociaż w rzeczywistości przecież byłam) i ciągle coś się działo, a dwie ostatnie godziny tzw. recreation, a potem homework były zwykle bardzo męczące.. I taka wycieńczona jechałam uczyć dalej. Poza tym prywatna szkoła rządzi się swoimi prawami, jak poszłam na 3 dni na L4 obcięli mi 500zł z wypłaty - bo tak im wyszło w wyliczeniach i musiałam się nieźle namęczyć i namailować żeby udowodnić że to jednak "trochę" za dużo. Miałam tego wszystkiego dosyć. Tego życia w biegu, zmęczenia, zarwanych nocy (przecież ja jeszcze po pracy siedziałam do 22.00 w domu żeby przygotować lekcje i korepetycje, bo w szkole nie miałam czasu przygotować lekcji, a jestem typem osoby która lubi solidnie i porządnie prowadzić zajęcia). Na początku nie myślałam tylko o doktoracie - po prostu szukałam pracy w zawodzie - w laboratorium, w badaniach. I oczywiście szukałam w Polsce. Wysyłałam CV gdzie się dało, czy była rekrutacja czy nie. Byłam na rozmowie na doktorat w PANie za 1800zł, tam jeszcze trzeba było odpowiedzieć na jakieś pytania z artykułów, coś tam napisać - zrobiłam to wszytsko, nie dostałam się. Może i dobrze, bo bym zarabiała mniej niż w tej podstawówce (na UW stawka "normalnego" doktoratu była 1300zł - Polsko, o co tu chodzi??? To jest stawka dla wykształconych ludzi, świata nauki, którzy nie dość że prowadzą swoje badania, to jeszcze mają zajęcia ze studentami???). Byłam na jakimś teście w jakiejś firmie farmaceutycznej - już nie pamiętam konkretnie co to było, pamiętam że był też śmieszny test z angielskiego. I chyba tyle. Na setki moich wysłanych CV miałam dwa wyjścia. A nie, przepraszam, trzy - jeszcze byłam na rozmowie w gimnazjum na nauczyciela chemii, też się nie dostałam.

Więc po pierwsze dlaczego nie Polska - bo nie znalazłam tam pracy.

Po drugie - zusy, srusy i skarbówka to coś okropnego. Wiem, że na początku przy swojej działalności są dwa lata niskiego ZUSu, ale potem zarabiasz 1600zł i 1000zł musisz oddać. Czy to jest normalne?

NFZ też jest do bani. Wszyscy wiedzą że jak przyjdzie co do czego to lepiej iść prywatnie. Zbyt wiele przykrych historii, nie chce mi się o tym pisać. Niestety. A składki przecież płacimy (o pardon, płacicie - ja już nie na szczęście). Jest jeden argument przeciwko WOŚP który mnie przekonuje - chociaż właściwie to chodzi o system, a nie samą fundację (bo idea bardzo dobra, sama w czasach szkolnych chodziłam z puszką, wiem że uratowali wiele żyć ale..) - skoro są składki na ubezpieczenie, to dlaczego fundacja ma zbierać pieniądze? To wszystko powinno być kupione ze składek. Gdzie te składkowe pieniądze idą? Może to źle funkcjonuje, skoro bez fundacji nie stać szpitali na zakup sprzętu? To może lepiej zróbmy 10 fundacji, każda będzie odpowiedzialna w innym zakresie, ludzie będą płacić na co im się podoba, ale wtedy niech nie będzie składek na ubezpieczenie społeczne. W tym roku ktoś mi coś takiego powiedział i pierwszy raz przyznałam że tak, to ma sens. Dziękuję Orkiestrze za piękną działalność, ale w "normalnym" państwie szpitale powinny sobie radzić bez czegoś takiego.

Także podsumowując - póki co Anglia pozwala mi żyć normalnie. Cieszę się że nie muszę się ciągle martwić czy mi starczy, że w bardzo krótkim czasie kupiliśmy samochód, wyposażyliśmy mieszkanie, przyszły dodatkowe wydatki na dziecko, a my dajemy radę. Jest dobrze. Jest normalnie. I da się żyć.

5 komentarzy:

  1. Koniecznie muszę się zaznajomić z tym filmem. Nie słyszałam o nim. Twój wpis jest bardzo trafny i jakże aktualny dla mnie właśnie w tym czasie, gdy stoimy u progu tak ważnej decyzji o emigracji. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  2. cały film:
    http://filmypolskie888.blogspot.com/2014/12/tam-gdzie-da-sie-zyc-2014.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z Twoim opisem "normalności". Ale też cieszę sie, że miałam tyle szczęścia i nie musiałam wyjeżdżać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Sylwio, dziękuję za ten wpis. Napisałaś tak normalnie, rzeczowo, tak jak czujesz. Myślę, że wielu Polaków myśli podobnie, czyli że tu nie da się żyć. Byłam w UK i wiem, że to jest kraj dla ludzi i tam człowiek jest ważny, doceniony. Cieszę się, że dobrze Ci się układa. Pozdrawiam cieplutko i ściskam :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Widziałam film niedawno i cóż wiele w nim prawdy. Ja wyjechałam po tym jak mając doktorat (z podobnej dziedziny do twojej) zaproponowano mi najniższą krajową. Cóż w Kanadzie mogę po prostu żyć.

    OdpowiedzUsuń